Czy związek musi być idealny….?!?! Z perspektywy mężatki z 9-cio letnim stażem…

Czy związek musi być idealny….?!?! Z perspektywy mężatki z 9-cio letnim stażem…

Nigdy w życiu! W żadnym wypadku!

Odpowiadam i mogłabym zakończyć ten wpis na kilku słowach…

Kiedy 9 lat temu stawałam na ślubnym kobiercu, wydawało mi się, że teraz wszystko będzie już idealne, usłane różami. Owszem – czasem się pokłócimy, ale zawsze będziemy sobie patrzeć w oczy…. No przecież mamy być wsparciem dla siebie, mamy sobie pomagać, mamy się szanować… No i w ogóle ma być cudownie, prosto, jasno i bezstresowo. Tiaaa dobre sobie….

Tak jasno i prosto to jeszcze nie było. Jedno w jednym pokoju, drugie w drugim, trzaśnięcie drzwiami i wszystko jasne. Przecież się nie pokłóciliśmy. Przecież jest ok. Przecież jest zwyczajnie, tak normalnie. Tylko okoliczności się zmieniły.

Kiedy rozpoczynaliśmy wspólne życie, mieszkaliśmy w maciupkim mieszkanku, ale dla nas dwojga było wystarczające. Nawet jak się pokłóciliśmy to nie było za bardzo miejsca by się rozejść jak bokserzy na ringu po gongu do swoich narożników. Baaa wolnych narożników nie było – w każdym stało „coś”, bo środka nie było 😉 Środek zajmowaliśmy my 🙂

Każde z nas miało swoją pracę „etatową” i gdy zamykało drzwi w firmie, odcinało się od spraw zawodowych. Wracaliśmy na obiad, czasem taki po 18:00. A jak go nie było – cóż, szliśmy na kebaba albo zamawialiśmy pizzę. Tak też było dobrze.

A teraz…. Hmmmm… Doba jakby się skróciła. Narożników wolnych w ringu sporo, bo dom nam się powiększył i przeniósł na wieś, ale i domowników przybyło. A wraz z nimi też i obowiązków. Dzieci, pies, obiady – są i być muszą. Czasem choć byśmy chcieli się pokłócić, to nie ma kiedy i jak. Najpierw dzieci słuchają, potem obowiązki, kąpanie, szykowanie rzeczy na kolejny dzień… A potem trzaśnięcie drzwiami i każdy w swojej firmie – każdy w swoim narożniku. Każdy działa, coś liczy, drukuje, wysyła. Wraca do pracy. Tylko czasem spotykamy się przy stole. Czasem coś jeść trzeba.

Aaaa no i wiedza. Chyba najważniejsza. Kiedyś zakochana 25 – latka z uśmiechem na twarzy, wierząca i ufna, patrząca w oczy Adama. Dziś doświadczona mężatka z 9-cio letnim stażem, matka dzieciom, pani dla ukochanego psiaka – świadoma. Świadoma swoich mocnych stron i deficytów. Świadoma, że Adam jest totalnie inny niż ja. Świadoma różnością i przepełniona wiedzą o genetycznym podłożu naszego bokserskiego ringu. Dziś już wiem, że przytulanki i patrzenie w oczy to nie jego bajka. Czerwone spodenki w prawym narożniku i w domu noszę ja – dynamiczna, energiczna, spontaniczna, zdeterminowana i zorientowana na cel. Bez planów na jutro, bez patrzenia w przyszłość. Niepoprawna optymista z wiecznym „jakoś się ogarnie” na ustach. I On – Adam w niebieskich spodenkach i lewym narożniku – analityczny, poważny, precyzyjny, rozplanowany do bólu, przewidujący przyszłość. Zawsze wie co przyniesie jutro i jaką instrukcję trzeba „przytulić” przy uruchamianiu pralki. Pasują mu śrubki, młotki i nakrętki. Działa na „zwolnionych”, sarkastycznych obrotach a jego szklanka jest zawsze „do połowy pusta”.

No i nagle zderzenie, jak Titanic z górą lodową. Boże, nie rozumiemy się. No, bo na Boga – jak zaplanować spontan?!?!?!?!

Ale powiem Ci jedno – da się. Nie jesteśmy idealni. Każdego dnia wybaczamy sobie swoje niedoskonałości. Każdego dnia próbujemy na nowo poukładać te nasze kredki do pudełka zgodnie z „adamowymi” kolorami, bo przecież „poukładanie i plan są ważne”. Aż tu nagle wpadają moje czerwone, spontaniczne spodenki i kredki są bez pudełka albo wędrują na inną półkę – same…

W naszym życiu wiele dzieje „samo się”. Dzieci każdego dnia rewelacyjnie przechwytują to nasze „samo się”. Ale idą do przodu. Patrzą na nasze niedoskonałe, nieidealne małżeństwo, popełniane błędy i potknięcia. Ale kiedy wieczorem kładą się spać i cmokając nas w policzki piszczą „mammmoooo, tatttttooooo” wiemy, że pomimo nieidealnego małżeństwa – to co w życiu najważniejsze nam „wyszło i się udało” – RODZINA i wspólny DOM 🙂

Jesteś „tylko” matką?!?!

Jesteś „tylko” matką?!?!

Szlag mnie jasny trafia.

Czy kobiety myślą?

Albo inaczej.

Czy jak zostajesz matką wyłączasz myślenie o wszystkim poza kupkami, kaszkami, kolkami, uśmiechami, raczkowaniem, pierwszymi kroczkami itd?

Czy jak zostajesz matką, to zwalnia Cię to z myślenia o sprawach zawodowych?

Czy jak zostajesz mamą masz prawo zapomnieć o własnym rozwoju, własnej karierze, czytaniu książek, interesowaniu się swoim zawodowym światem?

Czy jak rozpoczynasz okres macierzyństwa, to jesteś zwolniona z dbania o finanse w domu?

 

Dziś byłam świadkiem rozmowy kilku matek. Przerzucały się argumentami za i przeciw powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim.

 

Te, które uważały, że warto wracać do pracy mówiły o niezależności, podziale obowiązków pomiędzy siebie a partnera, opiece nad dzieckiem podzielonej na czas spędzany z tatą i z mamą. Wspominały też o własnych finansach, wsparciu rodzinnego budżetu, możliwości rozwoju osobistego i zawodowego, poszerzaniu grona znajomych i współpracowników, poznawaniu nowych osób.

 

Dla tych, które pragnęły pozostać w domu, najważniejsze były pierwsze kroczki, uśmiechy, kaszki, wpieranie rozwoju dziecka. Wspominały również, że nie warto wracać do pracy, bo nie zarobią na opiekunkę, nianię, żłobek czy inną opiekę dla dziecka. Mówiły o finansach męża i rozwoju kariery zawodowej swojego partnera. Ale nadrzędnym argumentem było UWAGA świadome rodzicielstwo i odpowiedzialne podejmowanie decyzji o macierzyństwie.

 

No i tu pękłam.

 

Do diabła!

Czy jak kobieta wraca do pracy po urodzeniu dziecka to znaczy, że nie podjęła świadomej decyzji o macierzyństwie? Czy to oznacza, że nie jest odpowiedzialną matką? A czy to w końcu oznacza, że nie jest dobrą, troskliwą i opiekuńczą? Czy matka, która wychodzi do pracy nie kocha dziecka? Czy to, że kobieta wraca do pracy oznacza jednocześnie, że przegapi wszystkie ważne momenty w życiu swojego dziecka? Przegapi kroczki, uśmiechy, raczkowanie i wszystkie te rzeczy, które nigdy nie wracają?

 

Jestem mamą dwójki dzieci. Po urodzeniu pierwszego syna wróciłam do pracy gdy ten nie miał jeszcze 8 miesięcy. Nie było innego wyjścia – macierzyński trwał wtedy niecałe pół roku. Po urodzeniu drugiego syna wróciłam do pracy, gdy ten miał 9 miesięcy chociaż miałam rok macierzyńskiego.

 

Nie żałuję ani jednego dnia – ani tego spędzonego z chłopcami ani tego w pracy.

I wiesz co Ci powiem? Moi chłopcy, chociaż są zdolni i mądrzy nie zaczęli nagle w ciągu jednego dnia mówić pełnymi zdaniami, raczkować i uciekać po całym dywanie, chodzić bez podtrzymywania po ulicach. Nie zaczęli też w ciągu jednego popołudnia jeździć na rowerze, tańczyć, śpiewać i recytować. Miałam czas aby spokojnie przyjrzeć się pierwszym uśmiechom, pierwszym samodzielnym kroczkom, usłyszeć pierwsze słowa.

I chociaż chodziłam do pracy, zdążyłam się tym wszystkim nacieszyć.

Czy musisz myśleć tak jak ja? Oczywiście, że nie. Każda z rozmawiających mam, miała swoje racje. Miała swoje przekonania i swoje słuszności. I absolutnie każda miała do tego prawo.

Tylko jedno moje pytanie? Która z mam podjęła wysiłek myślenia o przyszłości swojej czy swoich dzieci? Która z mam zadała sobie pytanie „a co jeśli?”?

 

A co jeśli któregoś dnia uśmiechy, kaszki, sprzątanie i dbanie o dom przestanie Ci wystarczać?

A co jeśli któregoś dnia Twoje dziecko dorośnie i pójdzie do przedszkola? Nie poślesz? Ok, ale do szkoły musisz już posłać…

A co jeśli któregoś dnia zabraknie dofinansowania ze strony państwa i skończą się „łatwe” pieniądze?

A co jeśli zawodowy świat ucieknie Ci na tyle, że nie będziesz w stanie go dogonić?

A co jeśli któregoś dnia zauważysz totalny brak niezależności?

A co jeśli kiedyś zdejmiesz te różowe okulary?

A co jeśli któregoś dnia skończą Wam się pieniądze?

 

Pytasz jak to możliwe?

 

Pomyśl – w życiu zdarza się milion różnych sytuacji. Od nieszczęśliwych wypadków, przez zdrady, rozpady małżeństwa, kłótnie, do śmierci najbliższej osoby. Czy naprawdę wierzysz, że w razie jakichkolwiek problemów dasz sobie radę bez pieniędzy i bez pracy?

 

No i tak na koniec.

 

Gdzie Twoja niezależność?

Gdzie Twoja ambicja?

Gdzie Twoja wolność finansowa?

Gdzie Twoja swoboda w działaniu?

 

Czy naprawdę chcesz być mamą, która pozbyła się wszystkich innych ról społecznych? Chcesz być „tylko” mamą?

#BiznesMama czyli jak zaoszczędzić cenny czas nie zaniedbując obowiązków? – część 3

#BiznesMama czyli jak zaoszczędzić cenny czas nie zaniedbując obowiązków? – część 3

Dwie części rozważań pracującej zawodowo mamy – za nami.

Były porady, wsparcie, podpowiedzi. Z jednymi się zgadzacie, z innymi nie – i o to chodzi. Nie musimy robić wszystkiego tak samo – jeśli coś Ci nie pasuje, nie rób. Testuj, jeśli nie sprawdzałaś – zobacz, wypróbuj na sobie. Może przypadnie Ci do gustu.

Nie pasuje – wyrzuć. Nie skupiaj się na minusach, weź plusy 🙂

Działaj – nie czekaj – ot cała recepta. Dalsza część wskazówek dla Ciebie – poniżej …. 🙂

Powodzenia 🙂

8. Ile czasu ostatnio zaoszczędziłaś, prosząc o pomoc? Jak często dajesz się wyręczyć w przyziemnych sprawach? Ja bardzo często korzystam z przywileju „po drodze”. Dzwonię do swojego taty i mówię „Tato, jak będziesz przechodził obok piekarni kup mi bułki czy chleb. Odbiorę razem z Olkiem popołudniu”. Albo dzwonię do męża „Adam, jak będziesz wracał do domu odbierz np. ulotki z drukarni albo plakaty z firmy”. Drobiazgi składają się na cenne sekundy, te z kolei na minuty a te z kolei na cenne godziny zaoszczędzonego czasu. Nie zawsze i nie wszędzie musisz być osobiście. Korzystaj z przywileju „po drodze”, ale pamiętaj czasem wspomniany mąż czy tata też mogą skorzystać z tego przywileju dla siebie i wtedy Ty powinnaś się im odwdzięczyć – przysługa za przysługę.

9. Ile czasu ostatnio zaoszczędziłaś dzięki wcześniej przygotowanym rzeczom? Muszę Ci się przyznać. Nie zawsze spędzam w kuchni tylko 2 – 3h tygodniowo. Kiedy przychodzi sezon letni, czasu w kuchni spędzam zdecydowanie więcej. Tak, tak – wiem, że to nie jest nic przyjemnego zwłaszcza jeśli za oknem +30. Ale to nieistotne. Istotne jest to, że gdy nadchodzi zima, mamy kompoty z wiśni, truskawek, gruszek w słoikach – wystarczy tylko dodać wodę i gotowe. Mamy pomrożone owoce – maliny, truskawki, borówki, jagody – w razie przeziębienia czy bólu brzuszka albo do pysznego, zdrowego deseru. W zamrażarce znajdą się też paczuszki ze świeżą pietruszką, porem i selerem – jak znalazł do pachnącego, domowego rosołu zimą. Na regale w garażu, grzecznie poustawiane w słoikach stoją przeciery z pomidorów, sałatki z warzyw, mus jabłkowy, konserwowa papryka, śliwki w zalewie, kiszone i konserwowe ogórki oraz suszone grzyby. To wszystko nadaje mojemu domowi zapachu, poczucia bezpieczeństwa i stabilności, uczy moich synów gospodarności i tego, że aby mieć – trzeba zapracować. A tak przy okazji – wiesz ile frajdy mają dzieciaki przy myciu słoików na podwórku? Bezcenna zabawa i nauka w jednym 🙂

10. Ile czasu zaoszczędzasz nauczywszy swoje pociechy samodzielności? Pamiętam czas, gdy mój starszy syn jako 3 – latek musiał być karmiony, bo inaczej nie zjadł obiadu. Było bieganie za nim z łyżką po całym domu i namawianie do jedzenia. Wiem, że to był mój błąd – pozwoliłam mu na to by w odpowiednim momencie nie chwycił sam łyżki, bo się ubrudzisz, bo zachlapiesz dywan, bo będzie to dłużej trwało…. miałam miliony wymówek czemu nie pozwolić mu na dojrzałość i bycie „dorosłym”. Dziś młodszy syn ma 1,5 roku i od kilku miesięcy sam łapie za łyżeczkę, wcina serek czy jogurt. Pewnie, że się „upaćka”. Pewnie, że potem trzeba wytrzeć podłogę albo zmienić obrus na stole, ale wiem, że to zaprocentuje. To ma sens – dziecko szybciej wie, że potrafi samo o siebie zadbać w granicach jego dojrzałości. Wiem, że przy drugim dziecku jest łatwiej, że młodszy często podgląda starszego i chce jak on robić wiele rzeczy sam. Ale trzeba mu na to pozwolić – trzeba wspierać ile sił, ale nie zabraniać i nie wyręczać. …. Szkoda, że takiej wiedzy nie miałam kilka lat temu – gdy dorastał mój pierworodny 🙂

11. Ile czasu zaoszczędzasz dając dzieciom szansę na bycie „odpowiedzialnym” i „gospodarnym”? Nie pamiętam kiedy ostatnio składałam do pary skarpetki po praniu. Tym zajmuje się mój starszak. Zawsze gdy ściągam pranie, przychodzi do mnie i składa skarpetki. Nie tykam tego – to jego praca, obowiązek i nauka w jednym. Czasem mam w szafce zwinięte roli dwóch skarpetek nie do pary – tak więc uważaj jak będziesz zakładała 😉

12. Kiedy przygotowujesz rzeczy do…?

 

Za nami trzecia część poradnika.

 

Została jeszcze jedna 🙂 Już niebawem 🙂

Do „przeczytania” 🙂

 

#BiznesMama czyli jak zaoszczędzić cenny czas nie zaniedbując obowiązków? – część 2

#BiznesMama czyli jak zaoszczędzić cenny czas nie zaniedbując obowiązków? – część 2

Dalej miewasz wyzwania z pogodzeniem domu z zawodowymi obowiązkami?

Spokojnie ja też tak mam i czasem mój dom staje na głowie. Czasem dzieci nie do końca ogarnięte albo zupa przesolona, ale jakoś idziemy do przodu 🙂

#BiznesMama czasem musi odpuścić – sobie, innym, dzieciom, tacie dzieci czy mężowi. Czasem musi znaleźć odpowiedzi na pytania „po co?”.

  1. Po co ja to robię?
  2. Dla kogo to robię?
  3. Czy to co robię daje mi poczucie spełnienia i szczęścia? – cokolwiek ono dla Ciebie nie znaczy.

 

Jeśli odpowiesz sobie na te pytania i znajdziesz cel swojej pracy – tej w domu i tej zawodowej – łatwiej Ci będzie zarządzać sobą i swoimi decyzjami. A wtedy szybciej i łatwiej pogodzisz obowiązki z zakresu „jestem mamą” i „jestem bizneswoman”.

Kiedy pierwsza część wpisu pojawiła się na blogu, nadeszły różne komentarze z Waszej strony.

Cieszymy się, że codziennie podejmujecie „walkę” być być lepszą wersją samych siebie. Cieszymy się, że jesteście, czytacie, wspieracie…

 

Dziękujemy za każdy komentarz, każde przemyślenie, każde słowo. Dziękujemy, że jesteście 🙂 i zapraszamy na dalszą część wskazówek 🙂

Jednocześnie obiecujemy – to jeszcze nie koniec 🙂

Ostatnio skończyliśmy na punkcie 4 …

 

4. Ile czasu ostatnio zaoszczędziłaś dzięki delegowaniu zadań i obowiązków domowych?

Podział obowiązków to podstawa sukcesu. Deleguję i dzielę obowiązki domowe.

Obowiązkiem mojego męża w domu jest prasowanie.

Czasem dzieci nie mają już wyprasowanych rzeczy, wtedy „delikatnie upomnę”, że żelazko go woła, ale nigdy – przenigdy sama nie biorę się za prasowanie. Wiem, że gdybym raz to zrobiła, często znalazłyby się u niego powody, dla których nie mógłby wyprasować rzeczy – zwłaszcza tych należących do chłopców. Zawsze miałby jakieś „pilne sprawy”, które nie mogą poczekać. Więc żelazko czeka na niego – nie ucieka 😉

A że czasem jest niedoprasowane – no cóż, delegując zadania ze swojej głowy, liczę się z tym, że nie wszystko będzie tak idealne jakby ja to zrobiła. Wiem, że wynika to z braku doświadczenia, braku chęci, braku dokładności, czasem może nawet z lenistwa, ale…. przecież niedoprasowane delikatnie rzeczy, krzywdy moim dzieciom nie zrobią.

Czy mojego męża łatwo było przekonać do prasowania i nadać mu ten obowiązek? NIE! Nawet bardzo nie. Ale przecież nie chcemy by nasze dzieci chodziły w niewyprasowanych rzeczach i ktoś to musi robić. Więc czemu nie on?

 

5. Ile czasu tygodniowo spędzasz na praniu ubrań?

Jak często włączasz pralkę, wieszasz pranie, składasz, wkładasz do szafek?

Ja piorę gdy kosze na bieliznę są pełne. Wiem, że dopóty dopóki z koszy nie wysypują się ubrania – moje dzieci mają w czym chodzić. Dzięki temu mam jeden dzień ( zazwyczaj w tygodniu) gdy pralka chodzi non stop, a nie cały tydzień usłany rzeczami do prania. Oszczędzam swoją energię, czas, pieniądze i chęci, bo do następnego pełnego kosza przeważnie upłynie tydzień albo i dłużej.

Dobrym sposobem na oszczędność czasu przy praniu, jest też suszarka bębnowa. Kiedy naprawdę chcę oszczędzić czas albo pilnie potrzebuję konkretnej rzeczy albo ubrań jest bardzo dużo, bo nieoczekiwanie doszedł jakiś koc, obrusek czy inne „cudo” – włączam suszarkę.

Opróżnianie suszarki to radocha dla chłopaków więc czasem udaje mi się „zagnać bojsów” do pomocy 🙂

 

6. Ile czasu spędzasz przeglądając media społecznościowe, oglądając zdjęcia na Instagramie czy skrolując tablicę na Facebooku?

Czy naprawdę musisz angażować się w każdą dyskusję na forach dla mam albo w grupie dyskusyjnej?

Media społecznościowe to współczesny największy pożeracz czasu. Zaczynasz od przeglądania aktualności a kończysz na oglądaniu zdjęć, opinii i czytaniu plotek. Nie jestem bezwzględnym przeciwnikiem mediów społecznościowych. Sama sporo czasu poświęcam im zarówno w pracy jak i w życiu osobistym.

Jestem natomiast zwolennikiem umiejętnego korzystania z ich dobrodziejstw i nie popadania w manię fb czy insta. Przejrzenie mediów społecznościowych naprawdę nie jest konieczne co godzinę.

Jak temu zaradzić? Kilka małych trików…

Odhacz powiadomienia grup na fb, do których należysz. Nie musisz wiedzieć o każdym wątku w grupie mam czy każdej sprzedawanej rzeczy za pomocą tablicy. Odhacz też obserwowanie znajomych, których informacje nie są dla Ciebie ani interesujące ani ważne. Zablokuj rzeczy, które w rzeczywistości Cię nie interesują a jednak zabierają Twój czas.

Wyznacz stałe godziny, w których zaglądasz na FB czy Insta. Określ maksymalny zakres czasowy, kiedy czytasz, oglądasz itp.

Jeśli zainteresuje Cię coś zawodowo – zapisz link. Jeśli wrócisz – znaczy to, że rzeczywiście było warte uwagi. Jeśli natomiast Twoje zapisane linki rosną a Ty ich nie otwierasz, to chyba jednak nie warto.

 

7. Ile czasu ostatnio zaoszczędziłaś zostawiając swoją pociechę pod opieką babci, dziadka, przedszkolanki, męża … ?

Ile razy dałaś się uwolnić od obowiązku bycia mamą na pełen etat 24h/dobę? Wiem, że nikt tak nie obejrzy, nikt tak nie pogłaszcze, nikt tak nie przytuli jak mama. Ale wierz mi, pod opieką zaufanej, sprawdzonej, kochającej, troskliwej osoby – dziecko jest bezpieczne. Możesz czasem odpuścić i dać sobie czas na wypełnienie innych obowiązków. Nawet tych pracowniczych…

 

8. Ile czasu ostatnio zaoszczędziłaś prosząc o ….

 

CDN….

#BiznesMama czyli jak zaoszczędzić cenny czas nie zaniedbując obowiązków? – część 1

#BiznesMama czyli jak zaoszczędzić cenny czas nie zaniedbując obowiązków? – część 1

#BiznesMama – powiedzmy sobie wprost…

Połączenie pracy zawodowej z prowadzeniem domu to nie łatwa sprawa. Wiele kobiet pracuje realnie rzecz patrząc, na dwa a czasem może nawet na trzy etaty. Każdego dnia przemierza bezkresy swoich bezsilności, słabości, wytrzymałości i wiary w sukces. Mierzy się ze swoimi marzeniami, konsekwencją, determinacją, celami. Pomiarów i niedoskonałości jak zawsze w zwykłym dniu jest wiele.

Raz jest łatwo i z górki

a czasem pod górę z ogromnym wysiłkiem. Momentami nawet nie wystarcza sił na powstanie po upadku albo zrobienie kubka herbaty po zarwanej przy dziecięcym łóżku nocy. Która z Was tego nie zna? Oj znasz i Ty i każda z nas – matek. Każda z nas w pocie czoła walczy codziennie z przeciwnościami losu, z katarem, kaszlem, chorobą, przemokniętymi butami, brudnymi skarpetkami czy upaćkaną kurtką. I o ile chwile słabości związane z pralką, my – matki jesteśmy w stanie przezwyciężyć o tak – po prostu, o tyle choroby czasem odbierają nam moc. Niby jesteśmy silne, niby walczymy, ale w głębi ducha nie mamy sił. Co zrobić?

Jak się nie poddać, gdy zalana z takim trudem herbata, dawno już wystygła?!

Jestem mamą dwóch chłopców. Tak jak Ty, każdego dnia walczę o lepszy start dla swoich „bojsów”, bo wiem, że warto. Warto każdego dnia starać się żyć na maksa i dawać dzieciakom wszystko co najlepsze. I nie chodzi tu o nowe zabawki czy oryginalne ciuchy. Chodzi o szansę na bycie wartościowym człowiekiem.

Pracę mam jaką mam,

czasem a nawet często w weekendy nie ma mnie w domu. Chłopcy zostają z tatą. Sami sobie zagospodarowują czas. Mają konkretne zadania do wykonania i przygotowane wszystko co się da, by miło i pożytecznie spędzić czas. Czasem słyszę od swoich klientek, z którymi pracuje indywidualnie: „ Jak Ty to ograniasz? Jak to robisz, że oni mają obiady przygotowane, zakupy porobione, dom jest posprzątany a ty spakowana, gotowa, przygotowana do pracy wyjeżdżasz. I wszystko działa… I jeszcze masz uśmiech na twarzy… Mój mąż by nie ogarnął, nie dał rady… Ja bym nie ogarnęła…”
Mówię wtedy – organizacja czasu – ot cały sekret.

Brakuje Ci czasu? Nie wiesz jak pogodzić wszystkie obowiązki w domu i w pracy jednocześnie?

Zapytam przewrotnie… Odpowiedz sama sobie na poniższe pytania i dowiedz się gdzie możesz zaoszczędzić swój czas.

 

1. Ile czasu tygodniowo przeznaczasz na zakupy?

Wszystkie – łącznie (żywność, chemia gospodarcza, kosmetyki, warzywa, pieczywo). Mi zajmuje to maksymalnie 2 h tygodniowo. Tak – na wszystko. Wiesz dlaczego? Bo chodzę do kilku sklepów po kolei jednego dnia –  raz w tygodniu – tylko. Zawsze mam plan rzeczy, które kupię. Zawsze mam zaplanowane zakupy zgodnie z planami obiadowymi. Robię duże zakupy, potem gotuję, wekuję, mrożę, zaprawiam i mam nieraz na cały tydzień. Na co dzień dokupuję tylko pieczywo – często nawet nie ja, zlecam mężowi – chleb przecież potrafi kupić, prawda?! Szerokim łukiem omijam super i hipermarkety, bo nie dość, że nie sprzyjają oszczędzaniu, to jeszcze nie są ani zdrowe ani przyjazne i zabierają mnóstwo czasu.

 
2. Jak często gotujesz? Ile czasu spędzasz codziennie w kuchni?

Osobiście gotuję dwa razy w tygodniu – razem około 2,5 h – 3 h w kuchni tygodniowo. Większość pakuję, wekuję, mrożę. Czasem przygotowuję półprodukty. Potem je tylko kończę. Co dzięki temu zyskuję? – czas, oszczędność pieniędzy i domowe jedzenie. Kiedyś mój były szef w korporacji słysząc, że gotuję obiady w domu zrobił oczy jak pięć złotych i zapytał – Naprawdę? A kiedy masz na to czas? Odpowiedziałam – naprawdę – jedno popołudnie lub wieczór w tygodniu. Znam osoby, które każdego dnia zamawiają obiad z kateringu, kupują gotowe jedzenie na wynos. Kiedy pytają mnie po co gotuję, przecież dziś jest tyle opcji na „gotowe” – odpowiadam.

a) Bo pieniądze są dla mnie ważne, a gotowanie w domu jest tańsze niż codzienne jedzenie na wynos.

b) Bo zdrowie moje i moich bliskich jest dla mnie ważne, a tylko samodzielnie gotując wiem, że to co wkładam do garnka, to rzeczywiście warzywa a nie „coś o barwie marchewki”.

c) Bo cenię sobie domowe jedzenie – to moja namiastka normalności w zapędzonym świecie.

d) Bo lubię czasem coś upitrasić i jest mi z tym dobrze.

 
3. Ile czasu spędzasz tygodniowo przed telewizorem? Łącznie – na seriale, wiadomości, programy, sport itp.?

Nie oglądam seriali, programów telewizyjnych – praktycznie nie korzystam z tv. Relaks to dla mnie książka, czasem branżowa, czasem „odmóżdżacz” w postaci powieści – nigdy tv. Wyjątek stanowią jakieś mistrzostwa, w których nasza biało – czerwona reprezentacja daje z siebie wszystko. Wtedy nie mogę sobie odmówić. Siedzę i „gapię się jak sroka w gnat”, ale tłumaczę sobie – raz nie zawsze 😉 Gorzej jak wygrywają i przechodzą dalej – wtedy moja wymówka nie ma sensu 😉

 

4. Ile czasu ostatnio zaoszczędziłaś dzięki …

CDN…

Powroty są ciężkie…

Powroty są ciężkie…

Znasz takie momenty w swoim życiu kiedy nie masz już siły?

Kiedy wszystko idzie nie tak jak trzeba? Kiedy świat sprzysięga się przeciwko Tobie? Kiedy już po prostu nie możesz? Kiedy w pracy idzie pod górkę, bo szef tylko krytykuje? Kiedy klienci wymykają się przez palce? Kiedy obiecane gruszki na wierzbie zaczynają spadać, ale nie do Twojego koszyka?

Wychodzisz z domu i widzisz – ten uśmiechnięty, tamten szczęśliwy, tamta ma nową torebkę czy buty…

Wszyscy, no po prostu każdy ma lepiej niż Ty.

Każdy ma wesoło, każdy jest szczęśliwy. Tylko Tobie nie idzie. Tylko u Ciebie znowu posucha…

I co? I załamujesz się jeszcze bardziej…

Jeszcze bardziej smutniejesz i coraz bardziej zagłębiasz się w swojej niedoli.

Nie powiem Ci, że tak nie jest.

Nie będę Cię utwierdzać w przekonaniu, że masz dobrze tylko musisz zrobić to i tamto. Nie powiem Ci też, że jesteś biedny czy biedna, bo faktycznie Twój los jest gorszy niż innych. Nie powiem Ci, że masz szczęście, bo masz zdrową rodzinę i za to powinnaś dziękować Bogu. Nie powiem Ci też, że faktycznie innym „się udaje”.

Nie powiem Ci też, że każdy ma to na co zasłużył, bo mnie znienawidzisz. I więcej nie przeczytasz…

Nic Ci nie powiem z tych rzeczy….

Opowiem Ci tylko co jest potem. Po wszystkich Twoich wyrzutach, depresjach, walkach z samym sobą.

Potem jest ciężko wrócić!

Ciężko pokonać drogę powrotną.!

Tylko tyle…. i aż tyle….

Im bardziej zamkniesz się w sobie, tym trudniej będzie Ci powracać do normalności. Im więcej znajdziesz powodów na nie, im więcej będziesz myślał czy myślała o złych rzeczach, które Ciebie dotykają tym bardziej znienawidzisz świat, swoje otoczenie i siebie samego.

Im dalej zabrniesz w bagno, tym trudniej będzie Ci się wydostać i powrócić. Im dłużej tam posiedzisz, tym trudniej będzie Ci wypłynąć na tafle codzienności i normalności Twojego świata.

Moja rada – oderwij się na chwilę. Zapomnij na chwilę.

Jeśli potrzebujesz przyjaciół – zadzwoń do nich, umów się na kawę, pogadaj. Jeśli potrzebujesz fryzjera, kosmetyczki czy nowej pary butów – idź, załatw to, znajdź czas na przyjemność. A jeśli potrzebujesz totalnego resetu, imprezy do białego rana – zorganizuj opiekę dla dzieci, wytłumacz czego potrzebujesz Partnerowi czy Partnerce i zrób to.

To działa! Wiem, bo sprawdziłam na sobie.

Tylko jedna moja rada – nie czekaj, nie zwlekaj. Pamiętaj – im dalej tym gorzej. A powroty są ciężkie….

Ale wiesz co – warto, bo „Wszystko co wartościowe, rodzi się w bólach”.

Tylko dla kobiet! Przepis na szczęście – istnieje?

Tylko dla kobiet! Przepis na szczęście – istnieje?

Oooo jak schudłaś!

Przybrało Ci się parę deko… A masz już narzeczonego? A długo się spotykacie? A kiedy ślub? A duże wesele będzie? Albo … A Kiedy dziecko? Przecież jesteście razem już tak długo…. już czas. Ooooo a jaki duży chłopiec / dziewczynka! A chodzi już? A mówi? A korzysta z nocniczka? A kiedy drugie/ trzecie? No tak – to teraz czas na synka / córeczkę.

Znasz to? Dobrze? W Święta wszelkie ciotki, wujkowie, stryjenki i stryjkowie mogli zadać ten milion z drobnym kawałeczkiem pytań, by zaspokoić swoją ciekawość i podkreślić swoje wszechobecne zainteresowanie. A Ty stałaś pośrodku tych wszystkich pytań i czułaś wszechogarniającą złość. A co to wszystkich obchodzi…??? No dobra – może nie aż tak, ale to w końcu Twoje życie. Twoje i nikogo innego – masz prawo się nad nim zastanawiać i podejmować swoje decyzje. Czasem dobre a czasem nietrafione. Ale Twoje własne.

No właśnie jak to jest z tymi decyzjami?

Dla mnie czas Świąt to czas obserwacji i słuchania. Słuchania najbliższych, ale i tych zupełnie obcych. Lubię słuchać kiedy ludzie nie wiedzą, że słyszę lub słucham. Wtedy nie reżyserują swoich wypowiedzi, nie dodają, nie ubarwiają, nie rzucają różem i czarem.

Pola do rozmyślań, dają mi rozmowy z bliskimi i dalszymi członkami rodziny, znajomymi. W czasie ostatnich, świątecznych rozmów naturalnie padały pytania o zbliżającego się Sylwestra. Jakie plany? Z kim? Gdzie? Za ile? A z kim dzieci zostają? A jaka sukienka? A buty? A torebka? I znów milion pięćset pytań sprawdzająco – podchwytliwych. Na każde odpowiedziałaś z ręką na sercu i duszą na ramieniu. A co jeśli coś będzie nie tak? Czy potrafisz obronić swój plan działania?

Przecież to jest Twój plan.

Dla kogoś powinno być nie ważne czy Ty będziesz z dziećmi i mężem w domu z kubkiem herbaty czy na balu z prawdziwego zdarzenia. Dla Ciebie – bardzo ważne.

Ale czy w tych swoich planach jesteś szczęśliwa? Nie istotne czy jesteś mężatką, singielką, panną czy żyjesz w wolnych związku – czy Ty (właśnie Ty) jesteś szczęśliwa?
A co to jest szczęście?

Kiedy jest czas na szczęście? Jaki jest przepis na szczęście?

Spotykając się z matkami kilkorga małych dzieci nie raz słyszałam „A tam, taki Sylwester… chciałabym iść na bal, taki z prawdziwego zdarzenia. Taki wiesz – frak czy smoking i piękna balowa suknia. Zabawa do rana. Taniec i śmiech.  Lub chociaż na jakąś prywatkę. Do ludzi – z przyjaciółmi i znajomymi.” Słuchając natomiast znajomego singla usłyszałam „Mam kilka propozycji na Sylwestra. Jeszcze nie wiem co wybiorę. Fajna jest opcja z prywatną imprezą organizowaną przez znajomego przedsiębiorcę, ale wiesz… nie mam z kimś iść. Tam trzeba tylko parami. Najlepiej z kimś bliskim. ” Odpowiedziałam wtedy „To lepsza opcja niż moja, ja będę z kubkiem herbaty w domu.” Na co usłyszałam „Ale Ty masz rodzinę. To co innego”. Zamilkłam. Nie wiedziałam co odpowiedzieć.

O szczęściu słów kilka.

Zaczęłam myśleć o szczęściu. To co dla jednych jest szczęściem, dla innych przekleństwem. To co dla jednej kobiety jest powodem do radości – bale, imprezy do białego rana, prywatki, suknie… dla drugiej będzie zmorą. To co dla jednej jest powodem do dumy i wielkim szczęściem – rodzina, dzieci, stabilizacja, pewność ciepłego gniazdka dla innej może być utrapieniem czy zabraniem wolności.

Szczęście to wypadkowa pewnych zdarzeń, podjętych decyzji, wolności słowa i sumienia. To czy jesteś szczęśliwa zależy głównie od Ciebie. Nie masz wpływu na pewne rzeczy czy sytuacje, które Cię spotykają, ale masz wpływ na to, jak zareagujesz. Masz wpływ na to, jaką decyzję podejmiesz, w którą pójdziesz stronę, gdzie zrobisz sobie punkt stop.

Rozmyślając dalej o szczęściu, ale już we własnej osobie, doszłam do wniosku, że na wszystko w życiu jest czas. W Księdze Koheleta są słowa, których na marginesie nie znoszę, bo zawsze w moim życiu przynosiły coś złego, ale tutaj nadają się doskonale. „Wszystko ma swój czas i każda sprawa pod niebem ma swoją porę: Jest czas rodzenia i czas umierania; jest czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono. Jest czas zabijania i czas leczenia; jest czas burzenia i czas budowania. Jest czas płaczu i czas śmiechu; jest czas narzekania i czas pląsów….”.

Tak więc idąc dalej tym tropem – jest czas na szaleństwa i czas na rodzinę. Jest czas na bale i prywatki oraz czas na kubek herbaty. Ale czy to oznacza, że mama dwójki, trójki czy czwórki dzieci nie może iść na bal? Pewnie, że może – pewnie będzie to nieco trudniejsze w logistyce niż przy wyjściu na bal singielki. Ale dlaczego nie? Jeśli odpowiednio zaplanujesz swoją chwilę szczęścia – jest możliwa. I wiesz co – będzie piękna, cudowna, bo będzie Twoja. A czy Ty singielko – nie możesz iść na bal? Jasne, że możesz – są na świecie jeszcze przyjaciele, a na pewno nie jeden z nich chętnie Ci potowarzyszy w tym wielkim wydarzeniu.

Przepis na szczęście?

– pytasz. Według mnie jest – istnieje. Jest jeden. Jest czas na wszystko i wszystko ma swoją porę. Żyj swoim życiem, podejmuj swoje decyzje. Nie daj innym kierować Twoimi wyborami, decyzjami a na pytania ciotek, wujków i stryjenek odpowiadaj zgodnie z samą sobą, prawdziwie i z dokładnie taką samą pewnością w głosie, jaką nosisz w sobie na co dzień.

Szczęścia w Nowym Roku dla Ciebie.

Odwiąż liny i …

Odwiąż liny i …

„Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego,czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.”
Mark Twain

Tak, tak – ja wiem, że łatwo powiedzieć. Wiem, że nie każdy odkrył w sobie małe dziecko, które działa, nie patrząc na konsekwencje czy rezultaty swoich zachowań. Wiem też, że nie każdy ma w sobie dość czerwonego komponentu reprezentującego międzymózgowie, który wręcz nakazuje czasami „popłynąć”.

Kiedy przez dłuższy czas siedzę w domu – wariuję. Tracę kontakt z rzeczywistością. Nie daj Bóg, jeśli dzieci są jeszcze chore, stękające i pociągające nosem. Kiedy nie można wyjść na podwórko, pobiegać czy porobić cokolwiek by czas mijał szybciej.

To fakt – mam odskocznię – pracę. Ale przecież i ona nie zawsze jest kolorowa. Czasem jest trudno. Czasem jest pod górkę. Czasem po prostu nie idzie lub zwyczajnie, po ludzku się nie chce.

No tak, ale ktoś może powiedzieć – czego Ty do diabła chcesz? Przecież w zaciszu domowego ogniska jest bezpiecznie. Jest tak swojsko. Tak po prostu – zwyczajnie i normalnie.

Odpowiem wtedy – i co z tego? …

Ile masz czasu? Ile życia Ci jeszcze zostało? ….

Tego nie wie nikt – być może jutro nie nadejdzie nigdy. Być może czas radości i spokoju już się skończył? A być może – wręcz przeciwnie, dożyjesz setki w dobrym zdrowiu i samopoczuciu.

Ale czy chcesz ryzykować? Czy chcesz dać się zaskoczyć biernością? Czy chcesz pewnego dnia obudzić się ze swoją zwyczajnością i powiedzieć, że to wszystko jest do niczego?

Dlaczego nie złapiesz wiatru w żagle?
Dlaczego wciąż chodzisz do tej samej, znienawidzonej pracy? Dlaczego się nie rozwijasz? Dlaczego nie skaczesz na bungee czy ze spadochronem skoro o tym marzysz? No powiedz mi, dlaczego?

Tak, tak wiem – bo kasa, bo dzieci, bo rodzina, bo…. Twoich bosiów jest milion pięćset albo i więcej.  I jeden ważniejszy od drugiego.

Też tak miałam.

Dziś już nie mam.

Dziś rozwiązuję liny, opuszczam bezpieczną przystań i wypływam na szerokie wody. Czasem wieje silny wiatr i upadam. Czasem się nawet poobijam. Czasem połamię serce czy rozum. Ale zawsze wstaję, liżę rany i płynę dalej. Ale wiesz co… Częściej niż  sztormy, napotykam słońce. Takie ciepłe, wschodzące. Najpierw jest kilka promyków, potem robi się coraz jaśniej. Aż w końcu promieniej ono i cała ja.

Bezpieczna oaza.

A kiedy wracam do swojej bezpiecznej oazy, jestem szczęśliwa. I nie myślę co powie sąsiadka czy znajomy. Idę tam gdzie nieznane, bo wiem czego mogę oczekiwać tutaj. Tutaj już wszystko znam, jest dobre i bliskie memu sercu. Ale może tam za kolejną falą będzie lepiej… A jak nie będzie? No cóż – mój Tato mówi na to „ryzyko zawodowe”. Przynajmniej sprawdzę i nie będę żałować czegoś czego nie doświadczyłam.

Boisz się? Że będzie ciężko? Że inaczej?

Ja też, ale czego się nie robi by śnić i spełniać marzenia.

Też tak chcesz? To na co jeszcze czekasz….. ? Jutro może nie nadejść nigdy…

Zmiana – zaakceptować czy porzucić?

Zmiana – zaakceptować czy porzucić?

Zmiana to rzecz stała w dzisiejszym świecie.

Zmienia się wszystko. Zmienia się cały świat dookoła Ciebie. Twoi bliscy, rodzice, rodzeństwo, partnerzy, dzieci, klienci, kontrahenci, wspólnicy. Polityka się zmienia i gospodarka się zmienia. Wszystko.

Ty też się zmieniasz. Dojrzewasz, rozwijasz się, uczysz się nowych rzeczy, kształtujesz umiejętności, doświadczasz.

Narzekać na zmianę?

Czasami na warsztatach czy szkoleniach, uczestnicy narzekają na zmianę. Wolą stabilizację, pewność, bo to daje im poczucie bezpieczeństwa. Złudne poczucie bezpieczeństwa. Uważają, że jeśli będą mieli stałą pracę oraz umowę na czas nieokreślony lub założą rodziny, zbudują domy, będą mieli dzieci, psa i kota to już nic więcej w ich życiu się nie zmieni. Nic ich nie zaskoczy. Tak bardzo wierzą w to i ufają obecnemu stanowi, że nawet najmniejsze zawirowanie przeradza się w wielką tragedię.

A przecież zmiana jest stałą.

Nic przecież nie jest na stałe. Anna Jantar już prawie 40 lat temu śpiewała „Nic nie może przecież wiecznie trwać. Co zesłał los, trzeba będzie stracić…”

Jak więc przygotować się na zmianę? Jak do niej podejść, jeśli strach zjada nam rozum?

Nie wiem czy Cię pocieszę i czy to przyniesie Ci ulgę, ale wiedz, że boi się każdy. Strach jest nieodłącznym elementem życia w tym też i pracy bez względu na to czy jest ona pracą na umowę czy też prowadzeniem własnego biznesu.

Strach występuje też w życiu każdego rodzica. Strach o dzieci, bez względu na to czy mają lat 5 czy 45.

Boi się każdy. I w sumie dobrze, bo strach jest mobilizacją. Pod warunkiem, że mu się nie poddasz. Pod warunkiem, że nie dasz mu sobą zawładnąć.

Tylko jak tego dokonać?

Zaakceptuj siebie.

Bez względu na to czy masz dużo pieniędzy czy mało. Bez względu na to czy masz nadwagę czy niedowagę. Bez względu na to czy masz dużą rodzinę czy jesteś singlem.

Zaakceptuj i pokochaj siebie. Tylko miłość do samego siebie da Ci siłę do walki. Do walki z wewnętrznym strachem i obawą przed zmianą.

Pokochanie samego siebie pozwoli Ci okiełznać strach i przygotuje Cię do zmian, które i tak są nieuchronne. Im szybciej przyjmiesz to do swojej wiadomości, tym będzie Ci łatwiej.

Opracuj plan działania.

Usiądź wygodnie w fotelu. Zastanów się. Pomyśl co możesz zrobić i w jaki sposób zadziałać. Podziel swoją zmianę na drobniejsze elementy. Dzięki temu zmiana nie będzie Cię tak przerażać. Opracuj plan działania i osiągania kolejnych małych celów. Każdy drobny nawet sukces przybliża Cię do zwycięstwa. Zwycięstwa nad swoim strachem, obawą i zmianą.

Miłość do samego siebie to wielki sukces – sukces odniesiony przez Ciebie. Im szybciej to zrobisz, tym szybciej zaczniesz być szczęśliwy.  Szczęśliwy czyli przygotowany do tego co niesie Ci życie. Przygotowany do zmiany.
A ja z całego swojego serca życzę Ci, by zmiany zawsze były tylko pozytywne.

Pomiędzy młotem a kowadłem czyli słów kilka o tolerancji…

Pomiędzy młotem a kowadłem czyli słów kilka o tolerancji…

Uczestniczyć czy obserwować???

Ostatnio byłam świadkiem a nawet uczestnikiem pewnej sytuacji.

Sprawa dotyczyła bliskich mi osób.

Każda bliska na swój odmienny sposób. Każda bliska emocjonalnie a tak zupełnie różna. Jedno je jednak łączy – silne poczucie własnej wartości.

Ego czy silna osobowość???

Zdrowe – nie przerośnięte ego, ale bardzo silne.

Ja do słabych osobowości też nie należę i kiedy trzeba, potrafię stanąć w obronie słusznej sprawy.

Jedna z osób bardzo emocjonalna, uczuciowa, pełna dobrych, ciepłych emocji. Z dominantą gadziego mózgu, gdzie drugi człowiek jest najważniejszy. Gdzie zielone serce podane jest na dłoni dla innych.

Druga osoba z deficytem zieloności. Z ogromnymi brakami gadziego mózgu, dla której drugi człowiek to ewentualnie kompan. Słowem – niezbędny do życia nie jest.

Los…. pomiędzy młotem a kowadłem…

I tak oto los połączył obydwie osoby za pomocą mnie. Ja z kolei pośrodku – mogłabym rzec – pomiędzy młotem a kowadłem.

Sytuacja nie prosta, złożona w swojej strukturze. Zresztą nie o sytuację tu chodzi.

A o co? O tolerancję i zrozumienie.

Zrozumienie, że każdy z nas jest inny.

To co dla Ciebie jest jest jasne i klarowne, dla drugiej osoby już niekoniecznie.

To co dla Ciebie jest normą, dla drugiej osoby może być skrajnością.
To co dla jednego jest wstępem dla innego może być zakończeniem.

Ale na Boga!

Gdzie zrozumienie?

Gdzie tolerancja?

Gdzie wyrozumiałość dla inności i odmienności?

Nic nie musisz….
Przecież nie musisz popierać zachowań wszystkich ludzi.

Masz pełne prawo się nie zgadzać. Możesz wyrażać swoją opinię, która dla Ciebie będzie wszystkim. Możesz wierzyć we własny los, w swoje przeznaczenie. Możesz wierzyć w co chcesz.

Możesz być innym człowiekiem niż wszyscy. I jesteś. I masz do tego pełne prawo.

Ale nie wolno Ci oceniać. Nie wolno Ci oczerniać. Nie wolno Ci ganić.

Naucz się akceptować inność drugiego człowieka.

Naucz się, że każdy żyje według własnych zasad, w zgodzie z własnym sumieniem i własnym ja.

Możesz tego nie popierać. Możesz się nie zgadzać. Ale powinieneś nauczyć się akceptować.

Nie wszystko co wydaje Ci się być białe, jest białe z punktu widzenia drugiej osoby. Nie wszystko co dla Ciebie jest czarne – jest czarne dla kogoś innego.

Nie musisz przecież z tym kimś iść na piwo, nie musisz się przyjaźnić, jeśli w Twoim osobistym kanonie wartości, ten człowiek nie zasługuje na Twoje zaufanie czy wsparcie.

Nie musisz się do niczego zmuszać, ale do diabła… nie potępiaj. Nie potępiaj inności, której nie rozumiesz.

Nikt nie przeżyje Twojego życia za Ciebie. Ty też nie żyj za kogoś….

Ludzie żyją, doświadczają, zmieniają się.

Ty też się zmieniasz, dojrzewasz, rozwijasz się.

Jeśli potrafisz zrozumieć siebie, zrozum innych.

Każdy ma swoje doświadczenia, każdy ma dobre i złe strony, każdy ma własne sukcesy i porażki. I każdy żyje tak jak mu się podoba.

Dopóty dopóki nie krzywdzi drugiego człowieka, niech żyje jak chce.

A Ty?
Ty …. Dla własnego dobra. Dla spokojnych nerwów. Dla siebie samego. Dla spokoju własnego sumienia….

Zaakceptuj.

Zaakceptuj inność, odmienność i wiarę, że życie choć dla każdego podobne – to w gruncie rzeczy zupełnie inne.